Maszerowali przeszło godzinę, milcząc
i prowadząc znużone wierzchowce. Dla odmiany Estalavanes wykorzystał ten czas
nie na obserwację środowiska i architektury, lecz ludzi od pokoleń zamieszkujących
sanktuarium.
Ich stroje niczym nie wyróżniały się
na tle panującej w Estarionie mody; były schludne, czyste, o niewyszukanym
kroju i w większości z samodziału. Kobiece suknie skromnie zasłaniały nogi i
dekolty, męskie kaftany oraz spodnie z obszytymi jelenią skórą nogawkami
wpuszczonymi w buty nadawały się do brodzenia w bujnym poszyciu wilgotnego
lasu, natomiast dzieci w swoich pstrokatych, uszytych z różnorakich łatek kubraczkach
i krótkich portkach dowodziły, że w Zielonych Bramach nie marnowano niczego.
Wszyscy bez wyjątku nosili wysokie do połowy łydki buty, a na głowach czepce,
kapelusze lub zsunięte na czoła berety.
Est przyglądał się ich twarzom,
przeciętnym, a jednocześnie niebrzydkim, o gładkich rumianych licach i ogolonych
policzkach, na których próżno było szukać grymasów lub zmarszczek zdradzających
skłonność do gniewu. Niespiesznie przemieszczający się mieszkańcy emanowali
niezmąconym spokojem. Rozmawiając nie podnosili głosu; nawet targując się na
rozstawionych tu i ówdzie prowizorycznych kramach czynili to z godnością i
zaskakującym opanowaniem, choć niezgorszym skutkiem. Mimo tłoku na ulicach nikt
nikogo nie potrącał, odnoszono się z wzajemną życzliwością, a sąsiedzka pomoc
była na porządku dziennym. Zupełnie jakby nie zdawali sobie sprawy z wojny
czyhającej u progu ich ostoi.
W Zielonych Bramach wszystko zdawało
się przeczyć wizerunkowi Estarionu, jaki półsmok zdążył sobie wyrobić. Tu
wszystko wydawało się inne, stateczne i łagodne, a efekt ten potęgowała
świadomość, że jego wygląd nie wywoływał takiego poruszenia, jak w północnej
części krainy. Owszem, trudno nie zauważyć spojrzeń, jakimi obrzucali go
przechodnie, szczególnie ci najmłodsi, lecz nie były one oznaką bezpodstawnej
niechęci, tylko szczerego zaciekawienia.
Cóż, jakby nie patrzeć było to
zaledwie drugie duże miasto, które odwiedził, a zapewne też nie ostatnie. I
podczas gdy Adeila rzeczywiście przedstawiała typowo ludzkie siedlisko
zamknięte w sztywnych regulacjach Zakonu Paladynów, tak Zielone Bramy sprawiały
wrażenie miejsca powszechnie dostępnego, przyjaznego i pokojowo nastawionego
wobec reszty świata, jaka by ona nie była. Zaraz, przecież tutaj także mieści
się garnizon. Zatem gdzie podziali się paladyni?
- Aarimie, nigdzie nie widzę patroli
- zauważył, zwracając się do księcia. - W Adeili nie można było zrobić kroku,
aby na jakiś nie wpaść. Czy tu naprawdę jest tak bezpiecznie?
- Nie ma też straży miejskiej ani
obywatelskiej – uzupełnił Colonell, nie tracąc czujności. – Wyłącznie cywile.
Aarim tylko popatrzył na nich spod
opadających powiek, jakby oczekując, że sami dojdą do właściwych wniosków.
- Wydaje się to dziwne, prawda? - wtrąciła
się wesoło Leos, z ochotą wchodząc w rolę przewodniczki. Szła obok Esta, oczu
nie odrywając od wyrastającego na horyzoncie kompleksu budynków, którego kopuła
z zielonego szkła znikała wśród koron olbrzymich jak wieże strażnicze drzew. - Obecność
ducha puszczy bardzo łagodzi ludzkie obyczaje. W Zielonych Bramach nikt nie
wszczyna awantur, spory rozwiązywane są w sądach, a kradzieże oraz burdy praktycznie
się nie zdarzają... Nawet mój ojciec był tu innym człowiekiem – dodała
cichutko, prawie niesłyszalnie.
Dosłyszawszy to, Est zerknął na nią
kątem oka. Furiat pokroju Złowieszczego Niedźwiedzia kompletnie nie pasował do
jej opisu, ale autentyczny żal pobrzmiewający w głosie Małej Niedźwiedzicy
skłonił go do taktownego milczenia.
Dziewczyna prędko wzięła się w garść
i odwracając twarz, kolejno wskazywała najciekawsze zakątki miasta.
- Tam na przykład znajduje się okręg
elit, widzisz? Te kilkupiętrowe domy, wyglądające jakby ktoś poustawiał je jeden
na drugim, od największego do najmniejszego. - Ściskając cugle srokatego ogiera
wykonała gest niczym dziecko układające wieżę z klocków. - Ich tarasowe dachy pokrywają
barwione szkiełka. Wyglądają cudnie w pełnym słońcu, a co dopiero gdy ogląda
się je w przestronnym wnętrzu! - Nie przedłużając, skinęła podbródkiem w prawo.
- Jak spojrzysz w przeciwnym kierunku, zobaczysz farmy, na których nie ma aż
tylu drzew i dociera więcej słońca. Mieszkają tam hodowcy zwierząt i ogrodnicy,
a tamtejsze studnie głębinowe umożliwiają wykarmienie i napojenie
wystarczającej liczby zwierząt oraz nawadnianie grządek i sadów, aby niczego
nie zabrakło licznej społeczności.
- Pomysłowo, zważywszy na ogromne
drzewa i ich rozległe korzenie! – pochwalił Est.
Zaimponował mu sposób, w jaki ludzie
poradzili sobie z otaczającą ich przyrodą bez wyrządzania jej krzywdy i przekształcania.
Z chęcią by tu zamieszkał. Choć było tłoczno oraz cokolwiek głośno, to niespecjalnie
przeszkadzały mu te charakterystyczne przejawy ludzkiej obecności. Będzie
musiał porozmawiać o tym z Colem. Kiedy ich zadanie dobiegnie końca, może wrócą
tu i osiądą na stałe? Było tu tak rześko i cicho w przeciwieństwie do gwarnej,
spalonej słońcem Adeili...
- Poczekaj aż zobaczysz pałac
królewski! - Podniecenie dosłownie roznosiło Małą Niedźwiedzicę od środka. -
Nie mogę się doczekać, by znów zobaczyć balkony, tarasy, krużganki i wykusze
wychodzące na różane ogrody! Ciekawe czy zmienili aranżację moich pokoi... -
zastanawiała się na głos. - Teraz pudrowe róże i mdłe błękity do mnie nie
pasują, ale pluszowe szezlongi mogliby zostawić.
- Leos, naprawdę chciałbym zrozumieć,
co właśnie do mnie powiedziałaś...
Est przypatrywał się dziewczynie z wyrazem
rozbawionego zrezygnowania. Nie mógł - i nie chciał! - winić przyjaciółki za
wybuch entuzjazmu, szczególnie że w tym momencie promieniała jaśniej niż słońce
nad baldachimem liści. Już samo patrzenie na nią groziło oślepieniem, lecz
chłopak cieszył się jej szczęściem jak własnym, czując zagubiony promyczek
ogrzewający serce. Może lepiej by było, gdyby oddał ją pod opiekę braci
zakonnych? Względnie bezpieczna przeczekałaby najgorsze.
– Czy w pałacu królewskim nie
powinien mieszkać król? – spytał po chwili. – I co z Zakonem Paladynów? Wydaje
się tutaj niepotrzebny.
- Sprawa jest mniej skomplikowana
niż mogłoby się zdawać, Estalavanesie. - Idący nieco z tyłu Aarim w porównaniu
z młodą czarodziejką brzmiał wręcz posępnie. Sanktuarium nie zachwycało go,
ponieważ jako królewski potomek z pewnością znał je w każdym szczególe. Trzymając
za wodze równie obojętnego bojowego rumaka popatrywał to na zaróżowioną
emocjami dziewczynę, to na wsłuchanego w jego słowa półsmoka. - Zielone Bramy
były ongiś tak zwanym miastem-państwem i posiadały suwerennego monarchę oraz
podlegający mu dwór ministrów. Ów podział polityczny Estarionu zniesiono, władzę
ujednolicono, a po dawnym ustroju ostały się gmach pałacu oraz nienaruszony
dwór, który tworzą: hrabia piastujący urząd kasztelana oraz arystokraci
spowinowaceni z niegdysiejszymi ministrami. Jego Wysokość rezyduje w pałacu
wyłącznie wówczas, gdy wezwany obowiązkiem podróżuje po krainie. Natomiast
tutejszy rycerz-dowódca sprawuje pełną władzę w kwestiach wojskowych i
strategicznych, pozostaje niepodległy opiniom i regulacjom prawnym dworu oraz
podejmuje działania, które w mniemaniu jego oraz arcypaladyna są niezbędne w
dążeniu do utrzymania najwyższego poziomu bezpieczeństwa.
Przysłuchujący im się Colonell
spojrzał wilkiem na Aarima.
- Innymi słowy, odebraliście
mieszkańcom możliwość decydowania za siebie.
- Mylisz się, Colonellu. Jako
Synowie Tarthosa jesteśmy jedynymi, na których pradawna magia tego miejsca nie
wywiera wpływu. - Niebianin obejrzał się na smagłego człowieka zamykającego
pochód, zapuszczając delikatną sondę na skraj jego jaźni. - Mieszkańcy Zielonych
Bram są narodem pacyfistycznym, by nie rzec: uległym. Nie dysponują regularną
armią, gdyż nie toczą wojen. Nie produkują oręża, nie lubują się bowiem walce.
Ktokolwiek z zewnątrz zapragnąłby zagarnąć ich ziemię, miałby ku temu otwartą
drogę, o ile nie odpędziłaby go aura sanktuarium. Metaforycznie rzecz ujmując,
przyjęliby go z otwartymi ramionami. Nie możemy na to pozwolić. Tak jak nie
możemy pozwolić na wycinanie sekanów strzegących Zielonych Bram - podkreślił, kiedy
sprzeczne emocje łowcy napłynęły do niego nieprzerwanym strumieniem.
Równocześnie z wyjaśnieniami Aarima
Est odczuł gwałtowne rozprężenie energii. Zerknął ku Leos, ale czarodziejka w
żaden sposób nie zareagowała na postępek paladyna uciekającego się do użycia
mocy. Naszła go nieprzeparta chęć, by mało delikatnie uprzytomnić mu, jak
bardzo jest to niewłaściwe, gdy nagle kontakt urwał się u samego źródła.
Chłopaka zdjęła groza na myśl, że niebianin karmi się uczuciami ludzi. Koniec
końców jego aura podsycała emocje, potrafiła je także łagodzić, lecz czy sam
użytkownik czerpał z tego korzyści? Nie sądził, by zapytany wprost
odpowiedział, niemniej postanowił spróbować przy nadarzającej się okazji, gdy
zostaną sami. Ostatnio książę odsłonił się przed nim, więc i tym razem Est
postara się zaskarbić sobie jego zaufanie.
- Kto wycina sekany?! - Odziana w piromancką
czerwień Leos już się nie uśmiechała. Łaciaty koń podrzucił łbem i zarżał,
wtórując zbulwersowanej młodej kobiecie. – Przecież to niemożliwe!
- Zanim nasi ludzie dotarli na
miejsce, po trzech młodych sekanach pozostały tylko otwory w ziemi. Jak gdyby zostały
pochłonięte.
- To świętokradztwo! - zawołała
wzburzona. - Kiedy do tego doszło?
- Przed dwoma tygodniami arcypaladyn
otrzymał pierwszy niepokojący raport spisany ręką rycerza-dowódcy z Zielonych
Bram, sir Roberta Cortanda.
Wtem Aarim obrócił się w stronę Esta,
spoglądając na coś nad jego ramieniem. Przecięta blizną złocista brew uniosła
się, a w oku błysnęło rozpoznanie.
- Żywię pewne przypuszczenia co do sprawców
tego czynu – dodał ostrożnie - które chciałbym przedyskutować z rycerzem wysokiej
szarży zmierzającym ku nam.
Pozostała trójka jak na rozkaz
powędrowała wzrokiem ku wylotowi szerokiej promenady, dostrzegając zbliżających
się równym krokiem rycerzy zakonnych. Nim się spostrzegli, zajęci rozmową
podróżnicy znaleźli się tuż pod garnizonem sąsiadującym z otoczonym bajecznymi
ogrodami pałacem królewskim. Cienie i słoneczne smugi migoczące wśród drzew oraz
krzewów skutecznie zwodziły nawet najbystrzejszych obserwatorów.
Z czteroosobową delegacją spotkali
się w połowie drogi do wysokiego, skromnego gmachu. Est wszędzie rozpoznałby
białe, z lekka zabarwione jadeitowo stroje emisariuszy Zakonu Paladynów
wykończone subtelnymi złotymi haftami. A już na pewno jego uwadze nie umknęło
zadziwiające połączenie miękkiego materiału okrywającego barczyste sylwetki
oraz polerowanej stali oblekającej przedramiona i golenie. Aarim przez całą podróż
do Zielonych Bram nosił się podobnie z tą różnicą, że zamiast białej tuniki z
wyszytym na piersi mieczem Zakonu preferował błękitną koszulę bez ozdób i granatowe
skórzane spodnie. Zaklinacz domyślał się, że jest to mniej oficjalny, codzienny
strój członka tego znamienitego bractwa.
Idący trzy kroki za dowódcą rycerze
mieli przypasane do boków miecze, oczywiście w geście bardziej symbolicznym
aniżeli z konieczności, podczas gdy spieszący na przedzie szpakowaty mężczyzna
w luźną pętlę przy pasie zatknął jednoręczny młot o srebrzystej, lśniącej malachitowo
głowicy. Do uśmiechającego się szeroko człowieka o przystrzyżonej czarnej
brodzie Est natychmiast zapałał niewytłumaczalną sympatią.
Nie wypuszczając wodzy Sena z dłoni,
Aarim wyszedł im naprzeciw. Trzej młodzi mężczyźni ze stukiem stalowych obcasów
stanęli w lekkim rozkroku na brukowanej alei; przykładając pięść do piersi na
wysokości serca, opuścili nisko głowy. Podekscytowany Est pamiętał identyczną
scenę z Twierdzy Niedźwiedzi. Wtedy też po raz pierwszy spotkał Aarima, uznając
go mylnie za jednego ze zwykłych rycerzy zakonnych. Teraz odnosił złudne
wrażenie, jakoby od wspomnianego dnia upłynęło parę lat, a nie tygodni.
- Sir Aarimie Asmodeuszu, jakże jestem
szczęśliwy widząc cię w dobrym zdrowiu! – pozdrowił go rycerz-dowódca głębokim
basem, po ojcowsku rozkładając ramiona. Chwycił młodego niebianina powyżej
łokci i ścisnął w męskiej formie powitania. - Wyczekiwaliśmy twego przybycia od
wielu dni. Powiedz, czy droga minęła wam bez większych komplikacji?
Uśmiech brodatego rycerza poszerzył
się, kiedy Aarim odwzajemnił uścisk, zatrzymując dłonie na bicepsach
osłoniętych nieskazitelną bielą szat rycerza-dowódcy.
- I ja rad jestem, mogąc wymienić z
tobą pozdrowienia, sir Robercie. - Książę wygiął wargi w namiastce uśmiechu. -
Chciałbym przywieźć ze sobą wieści, które pokrzepiłyby wasze serca, jednakże
prawda ma się zupełnie nie po drodze z moimi życzeniami.
- Ja również obawiam się, sir
Aarimie, iż nie będę miał dla ciebie dobrych wiadomości. Zechciej jednak rzec,
kim są twoi towarzysze? - Ciemne, okolone siateczką zmarszczek oczy spoczęły na
stojącej nieopodal trójce najemników. Sir Robert zaraz odwrócił się do jednego
z przybocznych i mocnym, lecz życzliwym głosem wydał kilka komend. - Deranie,
przejmij proszę konie od naszych gości i zadbaj, aby dostały komfortowe boksy, pożywną
paszę oraz kryniczną wodę. Niech chłopcy pełniący służbę w stajniach zdejmą z
nich te ciężary. Nie lękajcie się, przyjaciele - zwrócił się do towarzyszy
księcia - wasze bagaże niezwłocznie trafią do kwater gościnnych.
Est nie lękał się o swój skromny dobytek.
Jowialny sir Robert wzbudzał w nim wręcz dziecięcą ufność, mimo że wzrok
starszego jegomościa zbyt długo skupiał się na jego osobie, często wracając ku
zielonym kocim oczom. Być może była to tylko jego wyobraźnia, a może przyczyną
był jego niezwykły wygląd; rozkojarzony chłopak nie rozmyślał o tym więcej, koncentrując
się na pilnowaniu Cola i jego niewyparzonej w stosunku do paladynów gęby.
- Wybacz mój brak manier, sir
Robercie. - Aarim przekazał wodze swojego wierzchowca Deranowi i stanąwszy
bokiem, wskazał swych kompanów, którzy bez oporu oddawali konie młodemu rekrutowi.
- Przedstawiam wam czarodziejkę Leos Niedźwiedziogrzywą, przodownika Colonella
z Kompanii Najemnej Niedźwiedzi oraz Zaklinacza Żywiołów Estalavanesa.
- Niebywałe towarzystwo! Aczkolwiek...
nadobną panienkę chyba miałem okazję ujrzeć choć raz.
Leos uśmiechnęła się nieśmiało.
- Czy nazwisko Mitrel coś ci podpowiada,
szlachetny panie? - zasugerowała cicho. - Eileen Mitrel?
- Pani Eileen... Ależ oczywiście! - Sir
Robert przyjrzał się piegowatej dziewczynie. – Róża Zielonych Bram, jak ją tytułowaliśmy.
Była nadworną czarodziejką oraz utalentowaną artystką. Pamiętam ją z czasów,
gdy jeszcze nie piastowałem zaszczytnego stanowiska rycerza-dowódcy. Aaach, jesteś
zatem jej córką, maleńką Lilią? Przyjmij, uniżenie proszę, moje wyrazy
współczucia, panienko. I daruj nierozgarnięcie, albowiem zmyliło mnie nazwisko.
Po sławetnym ojcu, jak mniemam?
Jak jeszcze przed chwilą Leos
zawstydzona była własną śmiałością, tak teraz zapłonęła ognistym szkarłatem aż
po cebulki miodowych loków.
- T-tak, sir Robercie – wybąkała, pragnąc
zmienić temat rozmowy. - Dokładnie po tym
ojcu.
Est współczuł przyjaciółce, lecz nie
potrafił powstrzymać ironicznego skrzywienia ust. Wiedział jakie to uczucie
bezmyślnie ściągnąć na siebie uwagę ludzi, kiedy najbardziej chciało się być
samemu. I podbudowało go, że nie tylko on wyczynia takie głupoty. Gdy przeniósł
spojrzenie na rycerza-dowódcę, przekonał się, że sir Robert z Zielonych Bram
przygląda mu się znacznie dłużej i intensywniej, niż pozwalała na to etykieta.
To dziwne, ale Est wcale nie czuł się speszony ani skrępowany tym wyróżnieniem,
w końcu większość ludzi wytykała go palcami i częstowała zmyślnymi epitetami.
Czym więc, w obliczu niemiłej przeszłości, było to uprzejme zainteresowanie
sympatycznego osobnika?
Śmiało zajrzał w ciemnobrązowe oczy
siwiejącego paladyna. Nie spodziewał się tego, lecz bezapelacyjnie zwyciężył w tym
krótkim pojedynku woli. I podczas gdy on był zdumiony swym powodzeniem, nie
tracący pogody ducha sir Robert odwrócił od niego wzrok i popatrzył na każdego
z osobna, mówiąc:
- Pozwólcie ze mną. Do
popołudniowego posiłku pozostało trochę czasu, toteż będę zobowiązany, jeśli
poświęcimy go na omówienie niecierpiących zwłoki spraw.
Sir Robert Cortand wykonał
zamaszysty gest dłonią i zawrócił ku murom skrzącego się w wąskich snopach
słońca garnizonu. Dwuosobowa asysta podążyła za nim, utrzymując stały dystans.
Aarim zrównał krok z dowódcą rycerzy.
- Sir Robercie - odezwał się,
posyłając półsmokowi wymowne spojrzenie spod przymrużonych powiek. - Wolałbym,
aby w dyskusji uczestniczył wyłącznie Zaklinacz Żywiołów.
- A ja wolałbym, abyśmy wszyscy w
niej uczestniczyli, sir Aarimie – odciął się Colonell, przykuwając uwagę dwójki
zgorszonych jego impertynencją rekrutów.
Est podejrzewał, że była to celowa złośliwość
ze strony przodownika i mocnym szturchnięciem w opancerzony bok przywołał go do
porządku. Natomiast Aarim spiorunował wyszczekanego najemnika wściekłym wejrzeniem,
od którego chłopakowi aż ścierpła skóra. Na ten moment pobyt w Zielonych
Bramach zapowiadał się wprost wspaniale. Tych dwóch należało trzymać w osobnych
klatkach, najlepiej na odległych krańcach Estarionu.
Niezrażony arogancją przodownika sir
Robert obdarzył najemników przyjaznym uśmiechem.
- Nie widzę przeciwwskazań, sir
Aarimie – rzekł, jakby spięcie sprzed chwili nie miało miejsca. W istocie
okazał się człowiekiem łagodnym i otwartym na ludzi, absolutnie bezkonfliktowym,
tak jak zapowiadał niebianin, teraz pocierający twarz z rezygnacją. Na swoje
szczęście Aarim pozostawał nieświadomy triumfującego, wulgarnie gestykulującego
za jego plecami oponenta. - Twoi przyjaciele są także naszymi przyjaciółmi.
Kairanie, raport proszę.
Na wyciągniętej szerokiej dłoni spoczął
obwiązany sznurkiem rulon, który sir Robert oszczędnym ruchem rozwinął i podał
Aarimowi. Książę przyjął dokument; jego stalowe karwasze zalśniły szmaragdowym światłem,
kiedy rycerze oraz najemnicy przechodzili zabudowanym pomostem wiodącym do
okrągłego, położonego nieco na uboczu budynku zwieńczonego szklaną kopułą.
Błotniste koryto pod ich stopami tworzyło naturalną fosę, jedną z wielu opasających
pałac i garnizon.
Złotowłosy młodzieniec nieznacznie
uniósł głowę, dając sir Robertowi znak, iż skończył czytać. Rycerz-dowódca z
Zielonych Bram przeszedł do sedna.
- W piśmie jasno stoi, że na
południu sytuacja nie przedstawia się dobrze. Zaobserwowano nieliczne, dopiero
formujące się zbrojne oddziały. Bez sztandarów, zatem nie związane z magnaterią
Merona Derada. Poczęła także ginąć ludność cywilna z okolicznych osad i miast, głównie
mężczyźni w sile wieku. Nie są to jednak masowe zaginięcia, ale incydenty. Nie
mamy niestety pewności, czy wszyscy zniknęli z tego samego powodu. Pogłoski nie
pozostawiają wątpliwości, rozpoczęła się wojna na wyniszczenie, której żaden z
nas nie wyczekiwał.
Aarim ponownie przebiegł wzrokiem po
drobnym piśmie jednego ze zwiadowców. Z każdym przeczytanym zdaniem coraz
mocniej marszczył jasne brwi, aż pojawiła się między nimi głęboka bruzda. Zacisnął
palce na pergaminie i zwinął go, bez patrzenia oddając podchodzącemu
pospiesznie rudowłosemu Kairanowi. Nie przewidział takiego obrotu spraw.
Wierzył, że południe utrzyma się do czasu ich przybycia, gdyż jego ojciec panował
nad rewoltą. Pomyłka nie wchodziła w rachubę. Nie dopuszczał do siebie takiej
możliwości. Niemniej brak wieści od arcypaladyna tylko pogarszał jego aktualny
ogląd sytuacji.
Młody rekrut wyprzedził dowódcę i
otworzył na oścież murszejące drzwi, wzniecając tumany kurzu zalegające
wewnątrz niewielkiej rotundy. Bezgłośny taniec pyłu odznaczał się wyraźnie w
jasnych pasmach szmaragdowego słońca wpadającego przez kopułę i być może w
innych okolicznościach wzbudziłby czyjś krótkotrwały zachwyt, lecz nie teraz.
Promienie padały na ustawiony pośrodku masywny kamienny stół, na którym
rozłożone były mapy równie zakurzone, co podłoga.
- Wybaczcie ten nieład, od miesięcy
nikt tu nie zaglądał. - Sir Robert podszedł do jedynego mebla w pomieszczeniu i
strzepnął kurz z rozpostartych na blacie pergaminów. Odchylając się w tył
zdołał uniknąć kłębów szarego pyłu, ale nie zdołał stłumić gwałtownego
kichnięcia. – Wybaczcie. Ostatni raz korzystano z tych map lata temu. I jeśli
mnie pamięć nie zawodzi, sir Aarimie, to ty ich używałeś.
Serdeczność tego człowieka była
niesamowita. Błyskawicznie udzielała się wszystkim wokół, czyniąc serca
lżejszymi, a ciała mniej zmęczonymi. Esta nurtowało czy jest to jakaś
paladyńska sztuczka, czy po prostu tak oddziaływał na otoczenie. Zupełne
przeciwieństwo równego mu szarżą młodzieńca, po którym nie było znać ani drzemiących
w nim uczuć, ani myśli zaprzątających jego umysł.
Gdy wzniecona silną dłonią kurzawa
opadła, książę stanął przy stole i pochylił się nad rozrzuconymi planami. Przeglądając
je pobieżnie i odkładając z powrotem, szukał czegoś konkretnego, samemu nie
wiedząc czego. Jak gdyby chciał zająć czymś ręce, kiedy jego myśli pędziły z
zawrotną prędkością.
- Zaiste, starcza demencja jeszcze
nie sięga po ciebie swymi zimnymi palcami, sir Robercie – zapewnił go Aarim. -
Aczkolwiek wtedy nie było powodu do pośpiechu, a czasu miałem aż nadto, by
zapoznać się z północą Estarionu.
- Ach, widzę więc, że arcypaladyn słusznie
postąpił oddelegowując cię do Adeili, sir Aarimie. - Wesołe iskierki lśniły w
oczach rycerza, gdy ze szczególną uwagą przyglądał się bliznom na oświetlonym
słońcem obliczu niebianina. - Doświadczenie masz wyrysowane na twarzy.
- Nazywam je obietnicą i przysięgą.
- Książę uśmiechnął się lodowato, nie spuszczając wzroku ze starych, wciąż
aktualnych map. - Są pamiątką po niezwykle wymagającym przeciwniku, który
ostatecznie stał się moim przyjacielem.
Z tymi słowami przeszył stojącego
naprzeciwko półsmoka ostrym niby miecz spojrzeniem.
Zmieszany Est spoglądał to na
niebianina, to na bacznie śledzącego go gospodarza, bezwiednie tarmosząc podłużny
płatek ucha. Najchętniej wpełzłby w najciemniejszy kąt, nie wychodząc stamtąd
aż do obiadu. Nie mogąc jednak tego zrobić w okrągłym, pozbawionym kątów
pomieszczeniu, niezdarnie wzruszył ramionami z przepraszającym grymasem
przyklejonym do białej twarzy. Nie zaryzykował obrócenia się ku sapiącemu z
irytacji partnerowi.
- Ha! No proszę, trafił swój na
swego! - parsknął gromko sir Robert. - Ale wystarczy tego dobrego, będzie
jeszcze czas na przyjemne wspominki.
Aarim bynajmniej nie zamierzał przeciągać
oficjalnego spotkania, w trakcie którego wraz z rycerzem-dowódcą z Zielonych
Bram wymienili się spostrzeżeniami dotyczącymi narastającego kryzysu. Coraz
więcej elementów łączyło się w spójną całość tak dalece zniechęcającą, że Est
musiał uciec w głąb siebie, by jakoś przetrwać do końca narady. Rozejrzał się
więc po pustym wnętrzu.
Grubo ciosane mury rotundy miały
zaledwie pół tuzina małych oszklonych okienek, przez które nie wpadało nic
oprócz skąpych ilości dziennego światła. Kopuła również wydawała się solidna, choć
zrobiono ją z jednolitej tafli zielonego szkła nieustannie drapanego konarami dębów.
Przez myśl chłopakowi przeszło, że gdyby nagle zabrali mapy i wyszli, to
wnętrze obiektu byłoby jak w dniu jego powstania. No, może za wyjątkiem dywanu utkanego
z warstwy kurzu - teraz wirującego i osiadającego gdzie bądź.
Spojrzał na dwóch rekrutów trzymających
wartę przy drzwiach, zwartych i gotowych bezsprzecznie wypełniać rozkazy
dowódcy. Trudno było doszukiwać się oznak wyjątkowości w ich młodych, ogolonych
twarzach. Całkowicie obojętni na osobliwą gromadkę patrzyli prosto przed siebie;
Esta aż skręcało z ciekawości czy to żelazna dyscyplina trzymała ich w ryzach,
czy też nie byli zainteresowani młodą dziewczyną, wytatuowanym najemnikiem, ani
cudacznym przedstawicielem elfiej krwi.
Znów rzucił okiem na dowódców, ale
sens ich słów do niego nie docierał. Myślami był już na zewnątrz i oddawał się
zwiedzaniu mistycznego sanktuarium. Zerknął w bok na Colonella. Znudzony
mężczyzna odwzajemnił spojrzenie i z rękami splecionymi na opancerzonej piersi
wykonał gest, który jednoznacznie kojarzył się z gadającą dłonią.
- Nasze podejrzenia się potwierdziły,
sir Aarimie - z powagą kontynuował rycerz-dowódca z Zielonych Bram. - Sekany
wycięto od zewnątrz, lecz każdy w innym rejonie. Jakby ktoś wyznaczał punkty
przebicia. - Wskazał grubym palcem kilka krzyżyków naniesionych na staranny
plan obrzeży prapuszczy. - Nie znaleźliśmy nigdzie karczy, a nawet śladu po
nich. Nie wiemy do czego potrzebne jest ich drewno, ale obawiam się, że
bardziej niż na surowcu zależy im na utorowaniu sobie drogi do miasta. W tych
trzech przyczółkach stacjonują oddziały regularnie przesyłające meldunki, lecz…
Puszcza jest tak wielka, iż lękam się, że nie starczy nam ludzi do obstawienia
wszystkich punktów zapalnych.
Analizujący topografię Aarim w
zamyśleniu pocierał grzbiet nosa.
- Potrafią zneutralizować defensywną
moc sekanów – mruczał do siebie. - A zarazem nie mogą przedostać się przez
stróżujące bramy… Intrygujące.
Est nie pojmował, co może być
intrygującego w próbie ataku na tę oazę spokoju, lecz tym razem uważnie
przysłuchiwał się rozmowie. Colonell także zdawał się bardziej zainteresowany
niż przed chwilą, zwłaszcza że Leos pewnym krokiem podeszła do stołu, czym
zaskoczyła zebranych. Opierając się o zakurzony blat, zawisła nad mapami i przysuwając
dwie z nich ku sobie, studiowała je przez parę uderzeń serca.
Dowódcy nie protestowali wobec jej
nieumyślnej bezczelności. Wręcz przeciwnie, przyglądali jej się z milczącym przyzwoleniem,
zastanawiając, co też córka nadwornej czarodziejki dostrzeże w liniach nakreślonych
czarnym tuszem na zwojach pożółkłego pergaminu.
Brwi Małej Niedźwiedzicy ściągnęły
się, a szczęki zacisnęły, gdy zawzięcie poszukiwała właściwych miejsc na mapie.
Odezwała się cicho, choć można było odnieść wrażenie, że myśli na głos.
- Pospolici przedstawiciele ras
zamieszkujących Khaldun, magiczni czy nie, bez problemu mogą przekroczyć bramy,
o ile ich intencje są czyste. Ponadto sekany mają zasadniczy wpływ na
przybyszów, ponieważ wyciszają nawet najbardziej nienawistne emocje. Bramy i
sekany uzupełniają się, lecz tylko od wewnątrz puszczy. Ale to jeszcze nie
znaczy, że sekany są tak bezbronne, by można je było wycinać jak zwykłe drzewa.
Magowie wyczuwają ich potęgę i będąc przy zdrowych zmysłach nie podjęliby się
ryzyka, jakie niesie ze sobą sprzężenie zwrotne. Czyli dokonać tego musiała
przeogromna siła fizyczna odporna na magię. - Leos podniosła pociemniałe z
gniewu spojrzenie na obserwującego ją niebianina. To nie na niego była
wściekła, tylko na potwory, które dopuściły się tak bestialskiego czynu. – Od
wyjazdu z Twierdzy czułam czyjąś odległą obecność. Teraz zniknęła. Nie przeszła
przez bramę. Aż się boję, jakie moce przetaczają się właśnie przez Estarion.
Aarim przymknął oczy, z
ukontentowaniem przyjmując trafność spostrzeżeń niepozornej ludzkiej
czarodziejki. Leos wiedziała o upiorze od samego początku, podobnie jak
Estalavanes, lecz nie dała tego po sobie poznać. Co więcej, dzielnie znosiła
trudy podróży mimo śledzącej ich posępnej istoty pogłębiającej ogólne poczucie
beznadziei i rozpaczy. Tak, nawet w Kartynidzie nie znalazłby lepszej
kandydatki na to stanowisko.
Powieki młodzieńca rozchyliły się
niczym po leniwym mrugnięciu. Złote tęczówki rozbłysły aprobatą, kiedy
napotkały zdeterminowane spojrzenie burzowych chmur. Leos struchlała i
odwróciła twarz, nie chcąc, by dojrzał onieśmielenie malujące jej upstrzone
piegami policzki.
Tymczasem Sir Robert z namysłem
drapał brodę gęsto porastającą jego pocięte płytkimi zmarszczkami oblicze.
- Masz rację, panienko. To jeden z
powodów, dla którego Zielone Bramy nigdy przedtem nie musiały się bronić. Nic
nie było w stanie im zagrozić, tak silnie są chronione przez samą naturę, która
nie przepuści pierwszych lepszych wichrzycieli czy agresorów. - Paladyn
wyprostował się i oparł lewą dłoń na obuchu młota, przypatrując się
czarodziejce. - Ale teraz sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Ktoś nie potrafi
przekroczyć bram, lecz potrafi skrzywdzić obrońców.
- Ta obecność nie ma prawa istnienia
w sanktuarium, tak jak wszystkie jej podobne. - Aarim odepchnął się od stołu i powiódł
wzrokiem po zgromadzonych, jakby sprawdzał, czy są świadomi zagrożenia ciążącego
nad ich ziemiami. - Jednakowoż okazuje się, iż wróg dysponuje mocą pozwalająca
na unicestwienie prastarych obrońców. Uważam, iż dalsze uszczuplanie defensywy
miasta nie ma sensu. Nie znamy intencji nieprzyjaciela, który równie dobrze
może z nami pogrywać, starając się odwieść naszą uwagę od prawdziwego celu. - Oczy
niebianina skupiły się na zatroskanym gospodarzu. - Mądrze wykorzystaj ludzi
odesłanych poza miasto, sir Robercie. I jak dotychczas, nie szczędź informacji
arcypaladynowi. Z całego serca pragnę wam pomóc, niestety obowiązek wzywa mnie
do Aneil’Aranth, całkowicie bowiem utraciłem kontakt ze zwierzchnictwem i nie
mogę go ponownie nawiązać.
- Zły to znak, sir Aarimie -
potaknął najstarszy z mężczyzn. - Wiedz, iż nie żywię urazy, wszak Zakonowi
Paladynów przyświeca misja obrony ludzkości przed złem przenikającym do tego
świata.
- Pomimo tego założyciel zakonu nie
przewidział, iż Synom Tarthosa przyjdzie bronić ludzi przed nimi samymi - skwitował
ponuro książę. - Uznaję zatem, iż w tych murach powiedziane zostało już
wszystko, co konieczne. Zgodzisz się ze mną, sir Robercie?
- Ach, w pełni się z tobą zgadzam – poparł
go rycerz, przywołując na twarz budzący zaufanie, krzepiący uśmiech. –
Pozwólcie za mną. Kwatery gościnne mieszczą się w odrębnym budynku, aczkolwiek
wciąż na terenie garnizonu.
Postawny rycerz okrążył kamienny
stół i ruszył do drzwi, które rezolutny Kairan zawczasu otworzył.
Świeże powietrze było
niewypowiedzianą rozkoszą po męczącym zaduchu szczelnie zamkniętej rotundy, toteż
Est nie skąpił sobie głębokich, upajających wdechów. Podobało mu się tutaj i to
nie tylko ze względu na atmosferę oraz esencję Zielonych Bram. Nie czuł się tu
wyobcowany. Wszelki hałas typowy dla wielkich miast tłumiła wszędobylska
zieleń, a przykry zapach wielu ludzkich ciał zgromadzonych w jednym miejscu
zastępowały rześkie podmuchy wiatru. Prosta, pozbawiona efektownych detali
architektura w naturalnym stopniu łączyła się z krajobrazem, co dla chłopaka
przyzwyczajonego do ostrych, nie zawsze współgrających ze sobą barw i kształtów
było sennym marzeniem. To była harmonia, o której opowiadał jego mistrz. W tym
mieście odczuwało się ją na każdym kroku.
Tak, chciałby tu zostać już na
zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz