sobota, 3 października 2026

Zaklinacz Żywiołów - rozdział 51

 

Maszerowali przeszło godzinę, milcząc i prowadząc znużone wierzchowce. Dla odmiany Estalavanes wykorzystał ten czas nie na obserwację środowiska i architektury, lecz ludzi od pokoleń zamieszkujących sanktuarium.

Ich stroje niczym nie wyróżniały się na tle panującej w Estarionie mody; były schludne, czyste, o niewyszukanym kroju i w większości z samodziału. Kobiece suknie skromnie zasłaniały nogi i dekolty, męskie kaftany oraz spodnie z obszytymi jelenią skórą nogawkami wpuszczonymi w buty nadawały się do brodzenia w bujnym poszyciu wilgotnego lasu, natomiast dzieci w swoich pstrokatych, uszytych z różnorakich łatek kubraczkach i krótkich portkach dowodziły, że w Zielonych Bramach nie marnowano niczego. Wszyscy bez wyjątku nosili wysokie do połowy łydki buty, a na głowach czepce, kapelusze lub zsunięte na czoła berety.

Est przyglądał się ich twarzom, przeciętnym, a jednocześnie niebrzydkim, o gładkich rumianych licach i ogolonych policzkach, na których próżno było szukać grymasów lub zmarszczek zdradzających skłonność do gniewu. Niespiesznie przemieszczający się mieszkańcy emanowali niezmąconym spokojem. Rozmawiając nie podnosili głosu; nawet targując się na rozstawionych tu i ówdzie prowizorycznych kramach czynili to z godnością i zaskakującym opanowaniem, choć niezgorszym skutkiem. Mimo tłoku na ulicach nikt nikogo nie potrącał, odnoszono się z wzajemną życzliwością, a sąsiedzka pomoc była na porządku dziennym. Zupełnie jakby nie zdawali sobie sprawy z wojny czyhającej u progu ich ostoi.

W Zielonych Bramach wszystko zdawało się przeczyć wizerunkowi Estarionu, jaki półsmok zdążył sobie wyrobić. Tu wszystko wydawało się inne, stateczne i łagodne, a efekt ten potęgowała świadomość, że jego wygląd nie wywoływał takiego poruszenia, jak w północnej części krainy. Owszem, trudno nie zauważyć spojrzeń, jakimi obrzucali go przechodnie, szczególnie ci najmłodsi, lecz nie były one oznaką bezpodstawnej niechęci, tylko szczerego zaciekawienia.

Cóż, jakby nie patrzeć było to zaledwie drugie duże miasto, które odwiedził, a zapewne też nie ostatnie. I podczas gdy Adeila rzeczywiście przedstawiała typowo ludzkie siedlisko zamknięte w sztywnych regulacjach Zakonu Paladynów, tak Zielone Bramy sprawiały wrażenie miejsca powszechnie dostępnego, przyjaznego i pokojowo nastawionego wobec reszty świata, jaka by ona nie była. Zaraz, przecież tutaj także mieści się garnizon. Zatem gdzie podziali się paladyni?

- Aarimie, nigdzie nie widzę patroli - zauważył, zwracając się do księcia. - W Adeili nie można było zrobić kroku, aby na jakiś nie wpaść. Czy tu naprawdę jest tak bezpiecznie?

- Nie ma też straży miejskiej ani obywatelskiej – uzupełnił Colonell, nie tracąc czujności. – Wyłącznie cywile.

Aarim tylko popatrzył na nich spod opadających powiek, jakby oczekując, że sami dojdą do właściwych wniosków.

- Wydaje się to dziwne, prawda? - wtrąciła się wesoło Leos, z ochotą wchodząc w rolę przewodniczki. Szła obok Esta, oczu nie odrywając od wyrastającego na horyzoncie kompleksu budynków, którego kopuła z zielonego szkła znikała wśród koron olbrzymich jak wieże strażnicze drzew. - Obecność ducha puszczy bardzo łagodzi ludzkie obyczaje. W Zielonych Bramach nikt nie wszczyna awantur, spory rozwiązywane są w sądach, a kradzieże oraz burdy praktycznie się nie zdarzają... Nawet mój ojciec był tu innym człowiekiem – dodała cichutko, prawie niesłyszalnie.

Dosłyszawszy to, Est zerknął na nią kątem oka. Furiat pokroju Złowieszczego Niedźwiedzia kompletnie nie pasował do jej opisu, ale autentyczny żal pobrzmiewający w głosie Małej Niedźwiedzicy skłonił go do taktownego milczenia.

Dziewczyna prędko wzięła się w garść i odwracając twarz, kolejno wskazywała najciekawsze zakątki miasta.

- Tam na przykład znajduje się okręg elit, widzisz? Te kilkupiętrowe domy, wyglądające jakby ktoś poustawiał je jeden na drugim, od największego do najmniejszego. - Ściskając cugle srokatego ogiera wykonała gest niczym dziecko układające wieżę z klocków. - Ich tarasowe dachy pokrywają barwione szkiełka. Wyglądają cudnie w pełnym słońcu, a co dopiero gdy ogląda się je w przestronnym wnętrzu! - Nie przedłużając, skinęła podbródkiem w prawo. - Jak spojrzysz w przeciwnym kierunku, zobaczysz farmy, na których nie ma aż tylu drzew i dociera więcej słońca. Mieszkają tam hodowcy zwierząt i ogrodnicy, a tamtejsze studnie głębinowe umożliwiają wykarmienie i napojenie wystarczającej liczby zwierząt oraz nawadnianie grządek i sadów, aby niczego nie zabrakło licznej społeczności.

- Pomysłowo, zważywszy na ogromne drzewa i ich rozległe korzenie! – pochwalił Est.

Zaimponował mu sposób, w jaki ludzie poradzili sobie z otaczającą ich przyrodą bez wyrządzania jej krzywdy i przekształcania. Z chęcią by tu zamieszkał. Choć było tłoczno oraz cokolwiek głośno, to niespecjalnie przeszkadzały mu te charakterystyczne przejawy ludzkiej obecności. Będzie musiał porozmawiać o tym z Colem. Kiedy ich zadanie dobiegnie końca, może wrócą tu i osiądą na stałe? Było tu tak rześko i cicho w przeciwieństwie do gwarnej, spalonej słońcem Adeili...

- Poczekaj aż zobaczysz pałac królewski! - Podniecenie dosłownie roznosiło Małą Niedźwiedzicę od środka. - Nie mogę się doczekać, by znów zobaczyć balkony, tarasy, krużganki i wykusze wychodzące na różane ogrody! Ciekawe czy zmienili aranżację moich pokoi... - zastanawiała się na głos. - Teraz pudrowe róże i mdłe błękity do mnie nie pasują, ale pluszowe szezlongi mogliby zostawić.

- Leos, naprawdę chciałbym zrozumieć, co właśnie do mnie powiedziałaś...

Est przypatrywał się dziewczynie z wyrazem rozbawionego zrezygnowania. Nie mógł - i nie chciał! - winić przyjaciółki za wybuch entuzjazmu, szczególnie że w tym momencie promieniała jaśniej niż słońce nad baldachimem liści. Już samo patrzenie na nią groziło oślepieniem, lecz chłopak cieszył się jej szczęściem jak własnym, czując zagubiony promyczek ogrzewający serce. Może lepiej by było, gdyby oddał ją pod opiekę braci zakonnych? Względnie bezpieczna przeczekałaby najgorsze.

– Czy w pałacu królewskim nie powinien mieszkać król? – spytał po chwili. – I co z Zakonem Paladynów? Wydaje się tutaj niepotrzebny.

- Sprawa jest mniej skomplikowana niż mogłoby się zdawać, Estalavanesie. - Idący nieco z tyłu Aarim w porównaniu z młodą czarodziejką brzmiał wręcz posępnie. Sanktuarium nie zachwycało go, ponieważ jako królewski potomek z pewnością znał je w każdym szczególe. Trzymając za wodze równie obojętnego bojowego rumaka popatrywał to na zaróżowioną emocjami dziewczynę, to na wsłuchanego w jego słowa półsmoka. - Zielone Bramy były ongiś tak zwanym miastem-państwem i posiadały suwerennego monarchę oraz podlegający mu dwór ministrów. Ów podział polityczny Estarionu zniesiono, władzę ujednolicono, a po dawnym ustroju ostały się gmach pałacu oraz nienaruszony dwór, który tworzą: hrabia piastujący urząd kasztelana oraz arystokraci spowinowaceni z niegdysiejszymi ministrami. Jego Wysokość rezyduje w pałacu wyłącznie wówczas, gdy wezwany obowiązkiem podróżuje po krainie. Natomiast tutejszy rycerz-dowódca sprawuje pełną władzę w kwestiach wojskowych i strategicznych, pozostaje niepodległy opiniom i regulacjom prawnym dworu oraz podejmuje działania, które w mniemaniu jego oraz arcypaladyna są niezbędne w dążeniu do utrzymania najwyższego poziomu bezpieczeństwa.

Przysłuchujący im się Colonell spojrzał wilkiem na Aarima.

- Innymi słowy, odebraliście mieszkańcom możliwość decydowania za siebie.

- Mylisz się, Colonellu. Jako Synowie Tarthosa jesteśmy jedynymi, na których pradawna magia tego miejsca nie wywiera wpływu. - Niebianin obejrzał się na smagłego człowieka zamykającego pochód, zapuszczając delikatną sondę na skraj jego jaźni. - Mieszkańcy Zielonych Bram są narodem pacyfistycznym, by nie rzec: uległym. Nie dysponują regularną armią, gdyż nie toczą wojen. Nie produkują oręża, nie lubują się bowiem walce. Ktokolwiek z zewnątrz zapragnąłby zagarnąć ich ziemię, miałby ku temu otwartą drogę, o ile nie odpędziłaby go aura sanktuarium. Metaforycznie rzecz ujmując, przyjęliby go z otwartymi ramionami. Nie możemy na to pozwolić. Tak jak nie możemy pozwolić na wycinanie sekanów strzegących Zielonych Bram - podkreślił, kiedy sprzeczne emocje łowcy napłynęły do niego nieprzerwanym strumieniem.

Równocześnie z wyjaśnieniami Aarima Est odczuł gwałtowne rozprężenie energii. Zerknął ku Leos, ale czarodziejka w żaden sposób nie zareagowała na postępek paladyna uciekającego się do użycia mocy. Naszła go nieprzeparta chęć, by mało delikatnie uprzytomnić mu, jak bardzo jest to niewłaściwe, gdy nagle kontakt urwał się u samego źródła. Chłopaka zdjęła groza na myśl, że niebianin karmi się uczuciami ludzi. Koniec końców jego aura podsycała emocje, potrafiła je także łagodzić, lecz czy sam użytkownik czerpał z tego korzyści? Nie sądził, by zapytany wprost odpowiedział, niemniej postanowił spróbować przy nadarzającej się okazji, gdy zostaną sami. Ostatnio książę odsłonił się przed nim, więc i tym razem Est postara się zaskarbić sobie jego zaufanie.

- Kto wycina sekany?! - Odziana w piromancką czerwień Leos już się nie uśmiechała. Łaciaty koń podrzucił łbem i zarżał, wtórując zbulwersowanej młodej kobiecie. – Przecież to niemożliwe!

- Zanim nasi ludzie dotarli na miejsce, po trzech młodych sekanach pozostały tylko otwory w ziemi. Jak gdyby zostały pochłonięte.

- To świętokradztwo! - zawołała wzburzona. - Kiedy do tego doszło?

- Przed dwoma tygodniami arcypaladyn otrzymał pierwszy niepokojący raport spisany ręką rycerza-dowódcy z Zielonych Bram, sir Roberta Cortanda.

Wtem Aarim obrócił się w stronę Esta, spoglądając na coś nad jego ramieniem. Przecięta blizną złocista brew uniosła się, a w oku błysnęło rozpoznanie.

- Żywię pewne przypuszczenia co do sprawców tego czynu – dodał ostrożnie - które chciałbym przedyskutować z rycerzem wysokiej szarży zmierzającym ku nam.

Pozostała trójka jak na rozkaz powędrowała wzrokiem ku wylotowi szerokiej promenady, dostrzegając zbliżających się równym krokiem rycerzy zakonnych. Nim się spostrzegli, zajęci rozmową podróżnicy znaleźli się tuż pod garnizonem sąsiadującym z otoczonym bajecznymi ogrodami pałacem królewskim. Cienie i słoneczne smugi migoczące wśród drzew oraz krzewów skutecznie zwodziły nawet najbystrzejszych obserwatorów.

Z czteroosobową delegacją spotkali się w połowie drogi do wysokiego, skromnego gmachu. Est wszędzie rozpoznałby białe, z lekka zabarwione jadeitowo stroje emisariuszy Zakonu Paladynów wykończone subtelnymi złotymi haftami. A już na pewno jego uwadze nie umknęło zadziwiające połączenie miękkiego materiału okrywającego barczyste sylwetki oraz polerowanej stali oblekającej przedramiona i golenie. Aarim przez całą podróż do Zielonych Bram nosił się podobnie z tą różnicą, że zamiast białej tuniki z wyszytym na piersi mieczem Zakonu preferował błękitną koszulę bez ozdób i granatowe skórzane spodnie. Zaklinacz domyślał się, że jest to mniej oficjalny, codzienny strój członka tego znamienitego bractwa.

Idący trzy kroki za dowódcą rycerze mieli przypasane do boków miecze, oczywiście w geście bardziej symbolicznym aniżeli z konieczności, podczas gdy spieszący na przedzie szpakowaty mężczyzna w luźną pętlę przy pasie zatknął jednoręczny młot o srebrzystej, lśniącej malachitowo głowicy. Do uśmiechającego się szeroko człowieka o przystrzyżonej czarnej brodzie Est natychmiast zapałał niewytłumaczalną sympatią.

Nie wypuszczając wodzy Sena z dłoni, Aarim wyszedł im naprzeciw. Trzej młodzi mężczyźni ze stukiem stalowych obcasów stanęli w lekkim rozkroku na brukowanej alei; przykładając pięść do piersi na wysokości serca, opuścili nisko głowy. Podekscytowany Est pamiętał identyczną scenę z Twierdzy Niedźwiedzi. Wtedy też po raz pierwszy spotkał Aarima, uznając go mylnie za jednego ze zwykłych rycerzy zakonnych. Teraz odnosił złudne wrażenie, jakoby od wspomnianego dnia upłynęło parę lat, a nie tygodni.

- Sir Aarimie Asmodeuszu, jakże jestem szczęśliwy widząc cię w dobrym zdrowiu! – pozdrowił go rycerz-dowódca głębokim basem, po ojcowsku rozkładając ramiona. Chwycił młodego niebianina powyżej łokci i ścisnął w męskiej formie powitania. - Wyczekiwaliśmy twego przybycia od wielu dni. Powiedz, czy droga minęła wam bez większych komplikacji?

Uśmiech brodatego rycerza poszerzył się, kiedy Aarim odwzajemnił uścisk, zatrzymując dłonie na bicepsach osłoniętych nieskazitelną bielą szat rycerza-dowódcy.

- I ja rad jestem, mogąc wymienić z tobą pozdrowienia, sir Robercie. - Książę wygiął wargi w namiastce uśmiechu. - Chciałbym przywieźć ze sobą wieści, które pokrzepiłyby wasze serca, jednakże prawda ma się zupełnie nie po drodze z moimi życzeniami.

- Ja również obawiam się, sir Aarimie, iż nie będę miał dla ciebie dobrych wiadomości. Zechciej jednak rzec, kim są twoi towarzysze? - Ciemne, okolone siateczką zmarszczek oczy spoczęły na stojącej nieopodal trójce najemników. Sir Robert zaraz odwrócił się do jednego z przybocznych i mocnym, lecz życzliwym głosem wydał kilka komend. - Deranie, przejmij proszę konie od naszych gości i zadbaj, aby dostały komfortowe boksy, pożywną paszę oraz kryniczną wodę. Niech chłopcy pełniący służbę w stajniach zdejmą z nich te ciężary. Nie lękajcie się, przyjaciele - zwrócił się do towarzyszy księcia - wasze bagaże niezwłocznie trafią do kwater gościnnych.

Est nie lękał się o swój skromny dobytek. Jowialny sir Robert wzbudzał w nim wręcz dziecięcą ufność, mimo że wzrok starszego jegomościa zbyt długo skupiał się na jego osobie, często wracając ku zielonym kocim oczom. Być może była to tylko jego wyobraźnia, a może przyczyną był jego niezwykły wygląd; rozkojarzony chłopak nie rozmyślał o tym więcej, koncentrując się na pilnowaniu Cola i jego niewyparzonej w stosunku do paladynów gęby.

- Wybacz mój brak manier, sir Robercie. - Aarim przekazał wodze swojego wierzchowca Deranowi i stanąwszy bokiem, wskazał swych kompanów, którzy bez oporu oddawali konie młodemu rekrutowi. - Przedstawiam wam czarodziejkę Leos Niedźwiedziogrzywą, przodownika Colonella z Kompanii Najemnej Niedźwiedzi oraz Zaklinacza Żywiołów Estalavanesa.

- Niebywałe towarzystwo! Aczkolwiek... nadobną panienkę chyba miałem okazję ujrzeć choć raz.

Leos uśmiechnęła się nieśmiało.

- Czy nazwisko Mitrel coś ci podpowiada, szlachetny panie? - zasugerowała cicho. - Eileen Mitrel?

- Pani Eileen... Ależ oczywiście! - Sir Robert przyjrzał się piegowatej dziewczynie. – Róża Zielonych Bram, jak ją tytułowaliśmy. Była nadworną czarodziejką oraz utalentowaną artystką. Pamiętam ją z czasów, gdy jeszcze nie piastowałem zaszczytnego stanowiska rycerza-dowódcy. Aaach, jesteś zatem jej córką, maleńką Lilią? Przyjmij, uniżenie proszę, moje wyrazy współczucia, panienko. I daruj nierozgarnięcie, albowiem zmyliło mnie nazwisko. Po sławetnym ojcu, jak mniemam?

Jak jeszcze przed chwilą Leos zawstydzona była własną śmiałością, tak teraz zapłonęła ognistym szkarłatem aż po cebulki miodowych loków.

- T-tak, sir Robercie – wybąkała, pragnąc zmienić temat rozmowy. - Dokładnie po tym ojcu.

Est współczuł przyjaciółce, lecz nie potrafił powstrzymać ironicznego skrzywienia ust. Wiedział jakie to uczucie bezmyślnie ściągnąć na siebie uwagę ludzi, kiedy najbardziej chciało się być samemu. I podbudowało go, że nie tylko on wyczynia takie głupoty. Gdy przeniósł spojrzenie na rycerza-dowódcę, przekonał się, że sir Robert z Zielonych Bram przygląda mu się znacznie dłużej i intensywniej, niż pozwalała na to etykieta. To dziwne, ale Est wcale nie czuł się speszony ani skrępowany tym wyróżnieniem, w końcu większość ludzi wytykała go palcami i częstowała zmyślnymi epitetami. Czym więc, w obliczu niemiłej przeszłości, było to uprzejme zainteresowanie sympatycznego osobnika?

Śmiało zajrzał w ciemnobrązowe oczy siwiejącego paladyna. Nie spodziewał się tego, lecz bezapelacyjnie zwyciężył w tym krótkim pojedynku woli. I podczas gdy on był zdumiony swym powodzeniem, nie tracący pogody ducha sir Robert odwrócił od niego wzrok i popatrzył na każdego z osobna, mówiąc:

- Pozwólcie ze mną. Do popołudniowego posiłku pozostało trochę czasu, toteż będę zobowiązany, jeśli poświęcimy go na omówienie niecierpiących zwłoki spraw.

Sir Robert Cortand wykonał zamaszysty gest dłonią i zawrócił ku murom skrzącego się w wąskich snopach słońca garnizonu. Dwuosobowa asysta podążyła za nim, utrzymując stały dystans.

Aarim zrównał krok z dowódcą rycerzy.

- Sir Robercie - odezwał się, posyłając półsmokowi wymowne spojrzenie spod przymrużonych powiek. - Wolałbym, aby w dyskusji uczestniczył wyłącznie Zaklinacz Żywiołów.

- A ja wolałbym, abyśmy wszyscy w niej uczestniczyli, sir Aarimie – odciął się Colonell, przykuwając uwagę dwójki zgorszonych jego impertynencją rekrutów.

Est podejrzewał, że była to celowa złośliwość ze strony przodownika i mocnym szturchnięciem w opancerzony bok przywołał go do porządku. Natomiast Aarim spiorunował wyszczekanego najemnika wściekłym wejrzeniem, od którego chłopakowi aż ścierpła skóra. Na ten moment pobyt w Zielonych Bramach zapowiadał się wprost wspaniale. Tych dwóch należało trzymać w osobnych klatkach, najlepiej na odległych krańcach Estarionu.

Niezrażony arogancją przodownika sir Robert obdarzył najemników przyjaznym uśmiechem.

- Nie widzę przeciwwskazań, sir Aarimie – rzekł, jakby spięcie sprzed chwili nie miało miejsca. W istocie okazał się człowiekiem łagodnym i otwartym na ludzi, absolutnie bezkonfliktowym, tak jak zapowiadał niebianin, teraz pocierający twarz z rezygnacją. Na swoje szczęście Aarim pozostawał nieświadomy triumfującego, wulgarnie gestykulującego za jego plecami oponenta. - Twoi przyjaciele są także naszymi przyjaciółmi. Kairanie, raport proszę.

Na wyciągniętej szerokiej dłoni spoczął obwiązany sznurkiem rulon, który sir Robert oszczędnym ruchem rozwinął i podał Aarimowi. Książę przyjął dokument; jego stalowe karwasze zalśniły szmaragdowym światłem, kiedy rycerze oraz najemnicy przechodzili zabudowanym pomostem wiodącym do okrągłego, położonego nieco na uboczu budynku zwieńczonego szklaną kopułą. Błotniste koryto pod ich stopami tworzyło naturalną fosę, jedną z wielu opasających pałac i garnizon.

Złotowłosy młodzieniec nieznacznie uniósł głowę, dając sir Robertowi znak, iż skończył czytać. Rycerz-dowódca z Zielonych Bram przeszedł do sedna.

- W piśmie jasno stoi, że na południu sytuacja nie przedstawia się dobrze. Zaobserwowano nieliczne, dopiero formujące się zbrojne oddziały. Bez sztandarów, zatem nie związane z magnaterią Merona Derada. Poczęła także ginąć ludność cywilna z okolicznych osad i miast, głównie mężczyźni w sile wieku. Nie są to jednak masowe zaginięcia, ale incydenty. Nie mamy niestety pewności, czy wszyscy zniknęli z tego samego powodu. Pogłoski nie pozostawiają wątpliwości, rozpoczęła się wojna na wyniszczenie, której żaden z nas nie wyczekiwał.

Aarim ponownie przebiegł wzrokiem po drobnym piśmie jednego ze zwiadowców. Z każdym przeczytanym zdaniem coraz mocniej marszczył jasne brwi, aż pojawiła się między nimi głęboka bruzda. Zacisnął palce na pergaminie i zwinął go, bez patrzenia oddając podchodzącemu pospiesznie rudowłosemu Kairanowi. Nie przewidział takiego obrotu spraw. Wierzył, że południe utrzyma się do czasu ich przybycia, gdyż jego ojciec panował nad rewoltą. Pomyłka nie wchodziła w rachubę. Nie dopuszczał do siebie takiej możliwości. Niemniej brak wieści od arcypaladyna tylko pogarszał jego aktualny ogląd sytuacji.

Młody rekrut wyprzedził dowódcę i otworzył na oścież murszejące drzwi, wzniecając tumany kurzu zalegające wewnątrz niewielkiej rotundy. Bezgłośny taniec pyłu odznaczał się wyraźnie w jasnych pasmach szmaragdowego słońca wpadającego przez kopułę i być może w innych okolicznościach wzbudziłby czyjś krótkotrwały zachwyt, lecz nie teraz. Promienie padały na ustawiony pośrodku masywny kamienny stół, na którym rozłożone były mapy równie zakurzone, co podłoga.

- Wybaczcie ten nieład, od miesięcy nikt tu nie zaglądał. - Sir Robert podszedł do jedynego mebla w pomieszczeniu i strzepnął kurz z rozpostartych na blacie pergaminów. Odchylając się w tył zdołał uniknąć kłębów szarego pyłu, ale nie zdołał stłumić gwałtownego kichnięcia. – Wybaczcie. Ostatni raz korzystano z tych map lata temu. I jeśli mnie pamięć nie zawodzi, sir Aarimie, to ty ich używałeś.

Serdeczność tego człowieka była niesamowita. Błyskawicznie udzielała się wszystkim wokół, czyniąc serca lżejszymi, a ciała mniej zmęczonymi. Esta nurtowało czy jest to jakaś paladyńska sztuczka, czy po prostu tak oddziaływał na otoczenie. Zupełne przeciwieństwo równego mu szarżą młodzieńca, po którym nie było znać ani drzemiących w nim uczuć, ani myśli zaprzątających jego umysł.

Gdy wzniecona silną dłonią kurzawa opadła, książę stanął przy stole i pochylił się nad rozrzuconymi planami. Przeglądając je pobieżnie i odkładając z powrotem, szukał czegoś konkretnego, samemu nie wiedząc czego. Jak gdyby chciał zająć czymś ręce, kiedy jego myśli pędziły z zawrotną prędkością.

- Zaiste, starcza demencja jeszcze nie sięga po ciebie swymi zimnymi palcami, sir Robercie – zapewnił go Aarim. - Aczkolwiek wtedy nie było powodu do pośpiechu, a czasu miałem aż nadto, by zapoznać się z północą Estarionu.

- Ach, widzę więc, że arcypaladyn słusznie postąpił oddelegowując cię do Adeili, sir Aarimie. - Wesołe iskierki lśniły w oczach rycerza, gdy ze szczególną uwagą przyglądał się bliznom na oświetlonym słońcem obliczu niebianina. - Doświadczenie masz wyrysowane na twarzy.

- Nazywam je obietnicą i przysięgą. - Książę uśmiechnął się lodowato, nie spuszczając wzroku ze starych, wciąż aktualnych map. - Są pamiątką po niezwykle wymagającym przeciwniku, który ostatecznie stał się moim przyjacielem.

Z tymi słowami przeszył stojącego naprzeciwko półsmoka ostrym niby miecz spojrzeniem.

Zmieszany Est spoglądał to na niebianina, to na bacznie śledzącego go gospodarza, bezwiednie tarmosząc podłużny płatek ucha. Najchętniej wpełzłby w najciemniejszy kąt, nie wychodząc stamtąd aż do obiadu. Nie mogąc jednak tego zrobić w okrągłym, pozbawionym kątów pomieszczeniu, niezdarnie wzruszył ramionami z przepraszającym grymasem przyklejonym do białej twarzy. Nie zaryzykował obrócenia się ku sapiącemu z irytacji partnerowi.

- Ha! No proszę, trafił swój na swego! - parsknął gromko sir Robert. - Ale wystarczy tego dobrego, będzie jeszcze czas na przyjemne wspominki.

Aarim bynajmniej nie zamierzał przeciągać oficjalnego spotkania, w trakcie którego wraz z rycerzem-dowódcą z Zielonych Bram wymienili się spostrzeżeniami dotyczącymi narastającego kryzysu. Coraz więcej elementów łączyło się w spójną całość tak dalece zniechęcającą, że Est musiał uciec w głąb siebie, by jakoś przetrwać do końca narady. Rozejrzał się więc po pustym wnętrzu.

Grubo ciosane mury rotundy miały zaledwie pół tuzina małych oszklonych okienek, przez które nie wpadało nic oprócz skąpych ilości dziennego światła. Kopuła również wydawała się solidna, choć zrobiono ją z jednolitej tafli zielonego szkła nieustannie drapanego konarami dębów. Przez myśl chłopakowi przeszło, że gdyby nagle zabrali mapy i wyszli, to wnętrze obiektu byłoby jak w dniu jego powstania. No, może za wyjątkiem dywanu utkanego z warstwy kurzu - teraz wirującego i osiadającego gdzie bądź.

Spojrzał na dwóch rekrutów trzymających wartę przy drzwiach, zwartych i gotowych bezsprzecznie wypełniać rozkazy dowódcy. Trudno było doszukiwać się oznak wyjątkowości w ich młodych, ogolonych twarzach. Całkowicie obojętni na osobliwą gromadkę patrzyli prosto przed siebie; Esta aż skręcało z ciekawości czy to żelazna dyscyplina trzymała ich w ryzach, czy też nie byli zainteresowani młodą dziewczyną, wytatuowanym najemnikiem, ani cudacznym przedstawicielem elfiej krwi.

Znów rzucił okiem na dowódców, ale sens ich słów do niego nie docierał. Myślami był już na zewnątrz i oddawał się zwiedzaniu mistycznego sanktuarium. Zerknął w bok na Colonella. Znudzony mężczyzna odwzajemnił spojrzenie i z rękami splecionymi na opancerzonej piersi wykonał gest, który jednoznacznie kojarzył się z gadającą dłonią.

- Nasze podejrzenia się potwierdziły, sir Aarimie - z powagą kontynuował rycerz-dowódca z Zielonych Bram. - Sekany wycięto od zewnątrz, lecz każdy w innym rejonie. Jakby ktoś wyznaczał punkty przebicia. - Wskazał grubym palcem kilka krzyżyków naniesionych na staranny plan obrzeży prapuszczy. - Nie znaleźliśmy nigdzie karczy, a nawet śladu po nich. Nie wiemy do czego potrzebne jest ich drewno, ale obawiam się, że bardziej niż na surowcu zależy im na utorowaniu sobie drogi do miasta. W tych trzech przyczółkach stacjonują oddziały regularnie przesyłające meldunki, lecz… Puszcza jest tak wielka, iż lękam się, że nie starczy nam ludzi do obstawienia wszystkich punktów zapalnych.

Analizujący topografię Aarim w zamyśleniu pocierał grzbiet nosa.

- Potrafią zneutralizować defensywną moc sekanów – mruczał do siebie. - A zarazem nie mogą przedostać się przez stróżujące bramy… Intrygujące.

Est nie pojmował, co może być intrygującego w próbie ataku na tę oazę spokoju, lecz tym razem uważnie przysłuchiwał się rozmowie. Colonell także zdawał się bardziej zainteresowany niż przed chwilą, zwłaszcza że Leos pewnym krokiem podeszła do stołu, czym zaskoczyła zebranych. Opierając się o zakurzony blat, zawisła nad mapami i przysuwając dwie z nich ku sobie, studiowała je przez parę uderzeń serca.

Dowódcy nie protestowali wobec jej nieumyślnej bezczelności. Wręcz przeciwnie, przyglądali jej się z milczącym przyzwoleniem, zastanawiając, co też córka nadwornej czarodziejki dostrzeże w liniach nakreślonych czarnym tuszem na zwojach pożółkłego pergaminu.

Brwi Małej Niedźwiedzicy ściągnęły się, a szczęki zacisnęły, gdy zawzięcie poszukiwała właściwych miejsc na mapie. Odezwała się cicho, choć można było odnieść wrażenie, że myśli na głos.

- Pospolici przedstawiciele ras zamieszkujących Khaldun, magiczni czy nie, bez problemu mogą przekroczyć bramy, o ile ich intencje są czyste. Ponadto sekany mają zasadniczy wpływ na przybyszów, ponieważ wyciszają nawet najbardziej nienawistne emocje. Bramy i sekany uzupełniają się, lecz tylko od wewnątrz puszczy. Ale to jeszcze nie znaczy, że sekany są tak bezbronne, by można je było wycinać jak zwykłe drzewa. Magowie wyczuwają ich potęgę i będąc przy zdrowych zmysłach nie podjęliby się ryzyka, jakie niesie ze sobą sprzężenie zwrotne. Czyli dokonać tego musiała przeogromna siła fizyczna odporna na magię. - Leos podniosła pociemniałe z gniewu spojrzenie na obserwującego ją niebianina. To nie na niego była wściekła, tylko na potwory, które dopuściły się tak bestialskiego czynu. – Od wyjazdu z Twierdzy czułam czyjąś odległą obecność. Teraz zniknęła. Nie przeszła przez bramę. Aż się boję, jakie moce przetaczają się właśnie przez Estarion.

Aarim przymknął oczy, z ukontentowaniem przyjmując trafność spostrzeżeń niepozornej ludzkiej czarodziejki. Leos wiedziała o upiorze od samego początku, podobnie jak Estalavanes, lecz nie dała tego po sobie poznać. Co więcej, dzielnie znosiła trudy podróży mimo śledzącej ich posępnej istoty pogłębiającej ogólne poczucie beznadziei i rozpaczy. Tak, nawet w Kartynidzie nie znalazłby lepszej kandydatki na to stanowisko.

Powieki młodzieńca rozchyliły się niczym po leniwym mrugnięciu. Złote tęczówki rozbłysły aprobatą, kiedy napotkały zdeterminowane spojrzenie burzowych chmur. Leos struchlała i odwróciła twarz, nie chcąc, by dojrzał onieśmielenie malujące jej upstrzone piegami policzki.

Tymczasem Sir Robert z namysłem drapał brodę gęsto porastającą jego pocięte płytkimi zmarszczkami oblicze.

- Masz rację, panienko. To jeden z powodów, dla którego Zielone Bramy nigdy przedtem nie musiały się bronić. Nic nie było w stanie im zagrozić, tak silnie są chronione przez samą naturę, która nie przepuści pierwszych lepszych wichrzycieli czy agresorów. - Paladyn wyprostował się i oparł lewą dłoń na obuchu młota, przypatrując się czarodziejce. - Ale teraz sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Ktoś nie potrafi przekroczyć bram, lecz potrafi skrzywdzić obrońców.

- Ta obecność nie ma prawa istnienia w sanktuarium, tak jak wszystkie jej podobne. - Aarim odepchnął się od stołu i powiódł wzrokiem po zgromadzonych, jakby sprawdzał, czy są świadomi zagrożenia ciążącego nad ich ziemiami. - Jednakowoż okazuje się, iż wróg dysponuje mocą pozwalająca na unicestwienie prastarych obrońców. Uważam, iż dalsze uszczuplanie defensywy miasta nie ma sensu. Nie znamy intencji nieprzyjaciela, który równie dobrze może z nami pogrywać, starając się odwieść naszą uwagę od prawdziwego celu. - Oczy niebianina skupiły się na zatroskanym gospodarzu. - Mądrze wykorzystaj ludzi odesłanych poza miasto, sir Robercie. I jak dotychczas, nie szczędź informacji arcypaladynowi. Z całego serca pragnę wam pomóc, niestety obowiązek wzywa mnie do Aneil’Aranth, całkowicie bowiem utraciłem kontakt ze zwierzchnictwem i nie mogę go ponownie nawiązać.

- Zły to znak, sir Aarimie - potaknął najstarszy z mężczyzn. - Wiedz, iż nie żywię urazy, wszak Zakonowi Paladynów przyświeca misja obrony ludzkości przed złem przenikającym do tego świata.

- Pomimo tego założyciel zakonu nie przewidział, iż Synom Tarthosa przyjdzie bronić ludzi przed nimi samymi - skwitował ponuro książę. - Uznaję zatem, iż w tych murach powiedziane zostało już wszystko, co konieczne. Zgodzisz się ze mną, sir Robercie?

- Ach, w pełni się z tobą zgadzam – poparł go rycerz, przywołując na twarz budzący zaufanie, krzepiący uśmiech. – Pozwólcie za mną. Kwatery gościnne mieszczą się w odrębnym budynku, aczkolwiek wciąż na terenie garnizonu.

Postawny rycerz okrążył kamienny stół i ruszył do drzwi, które rezolutny Kairan zawczasu otworzył.

Świeże powietrze było niewypowiedzianą rozkoszą po męczącym zaduchu szczelnie zamkniętej rotundy, toteż Est nie skąpił sobie głębokich, upajających wdechów. Podobało mu się tutaj i to nie tylko ze względu na atmosferę oraz esencję Zielonych Bram. Nie czuł się tu wyobcowany. Wszelki hałas typowy dla wielkich miast tłumiła wszędobylska zieleń, a przykry zapach wielu ludzkich ciał zgromadzonych w jednym miejscu zastępowały rześkie podmuchy wiatru. Prosta, pozbawiona efektownych detali architektura w naturalnym stopniu łączyła się z krajobrazem, co dla chłopaka przyzwyczajonego do ostrych, nie zawsze współgrających ze sobą barw i kształtów było sennym marzeniem. To była harmonia, o której opowiadał jego mistrz. W tym mieście odczuwało się ją na każdym kroku.

Tak, chciałby tu zostać już na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz